Kiedy spoglądam wstecz na swoją drogę, muszę przyznać, że przechodziłem przez nią bez większego krytycyzmu, mocno uwarunkowany przez autorytety, od których się uczyłem, na których się wzorowałem i którymi się inspirowałem. Wstępowałem w ten świat z głębokim przekonaniem, że to, co robię, ma realny sens i wartość. Przez długi czas łączyłem hawajską Hunę z zachodnią psychotroniką oraz polską naturopatią. Huna pod wieloma względami przypomina systemy takie jak moje Nalu – operuje pojęciami pracy z subtelnymi energiami oraz wykonywaniem tak zwanych zabiegów na odległość. Robiłem to, bo widziałem, że robią to inni, a całe otoczenie utwierdzało mnie w przekonaniu, że tworzę profesjonalną praktykę.
Z czasem jednak w tym uporządkowanym obrazie świata coś zaczęło zgrzytać, trzeszczeć, aż w końcu cała ta konstrukcja po prostu się rozpadła. Proces myślowej ewolucji nie wydarzył się z dnia na dzień. To był długi, stopniowy i niełatwy proces. Przez kilka lat nie mogłem się przyzwyczaić do myśli, że miałbym całkowicie zrezygnować z tej działalności zawodowej, bo włożyłem w nią mnóstwo czasu i zaangażowania. Szczególne znaczenie miało dla mnie to, że w Polsce bioenergoterapia nie występuje jako zwykłe zajęcie, lecz funkcjonuje oficjalnie pod szyldem rzemiosła. Chciałem ostatecznie przejść na nią jako na mój jedyny i główny zawód. Ten formalny status rzemiosła dawał poczucie powagi, instytucjonalnego namaszczenia i głęboko wpływał na moje postrzeganie tej działalności jako pełnoprawnej profesji.
Dziś patrzenie na to z perspektywy czasu doprowadziło mnie do całkowicie odmiennych wniosków. Twierdzę jednoznacznie: bioenergoterapia oraz pokrewne jej dziedziny – radiestezja, biomasaż, wróżbiarstwo czy naturopatia – nie powinny stanowić żadnego oficjalnego zawodu, nie powinny posiadać nadanych numerów ani występować w państwowej klasyfikacji zawodów i specjalności.
Aby to zrozumieć, warto przyjrzeć się samemu prawnemu i ekonomicznemu pojęciu zawodu oraz usług rynkowych. W relacjach rynkowych i prawnych funkcjonują usługi oparte na tzw. umowie starannego działania (wykonawstwie). Klasycznym przykładem jest nauczyciel języka angielskiego dający korepetycje. Pobiera on opłatę za sam fakt prowadzenia lekcji i wykonania pracy dydaktycznej, nie dając i nie mogąc dać bezwzględnej gwarancji, że uczeń opanuje język – ostateczny rezultat zależy bowiem od zaangażowania i pracy samego ucznia. Sytuacja ta jest jednak osadzona w jasnych, weryfikowalnych realiach: wiedza językowa istnieje, metodyka nauczania jest realna, a sam proces lekcyjny – mierzalny.
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej w przypadku tzw. zabiegów energetycznych. Tutaj nie ma poparcia ani w wiedzy naukowej, ani w zdroworozsądkowej wiedzy samych klientów. Nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, czy jakikolwiek zabieg rzeczywiście się odbywa, czy zachodzi jakikolwiek przekaz energii, ani czym ta energia w ogóle ma być. Pobieranie opłat za „wykonawstwo” w sytuacji, gdy sam przedmiot tego wykonawstwa jest niemożliwy do uzasadnienia i obiektywnego zweryfikowania, tworzy głęboki absurd.
Gdybyśmy zaakceptowali logicznie taki stan rzeczy, w którym sankcjonujemy prawnie pobieranie pieniędzy za same czynności o charakterze metafizycznym czy nieuchwytnym, to w ten sam sposób należałoby prawnie uprawnić księży i duchownych do pobierania opłat za „wykonawstwo” obrzędów – niezależnie od tego, czy Bóg i świat subtelny istnieją, czy nie. Kapłaństwo musiałoby wtedy stać się formalnie zarejestrowanym zawodem rynkowym.
Przekazywanie „energii” na odległość czy sprzedawanie praktyk opartych na niezweryfikowanych zjawiskach po prostu nie znajduje uzasadnionego miejsca na realnym rynku. Te same fundamentalne zasady i ograniczenia odnoszą się zresztą w jednakowym stopniu do praktycznego stosowania tych metod, jak i do ich nauczania. Dziś jestem zdecydowanie przeciwko komercjalizacji takich praktyk i uważam, że sankcjonowanie ich poprzez państwowe rejestry zawodów daje społeczeństwu fałszywe poczucie gwarancji i legitymizacji czegoś, co wymyka się jakimkolwiek kryteriom prawdy i odpowiedzialności.

Dodaj komentarz