Na Hawajach istnieje tradycja opowiadania swojej historii, czyli krótkiej, albo i nie, opowieści o sobie i swoim życiu.

Urodziłem się w Lubartowie, w prowincjonalnym mieście niedaleko Lublina, które, ze względu na wszechobecne w glebie piachy, raczej nigdy nie wzbogaci się o budynek wyższy niż czteropiętrowy mrówkowiec.

Wychowany w rodzinie katolickiej, choć niespecjalnie gorącej, szukałem siebie przede wszystkim w obszarze chrześcijaństwa, szczególnie protestanckiego, gdzie jednak niespecjalnie cokolwiek znalazłem. Sięgnąłem do innych religii i kultur, jak buddyzm zen czy pseudo-wedantyczne ruchy pokroju Hare Krishna.

Zen przyniósł mi najwięcej doświadczeń z obszaru wewnętrznej świadomości. Potem przyszedł czas na poznawanie różnych form uzdrawiania, ale wolę nie wspominać o tych wydarzeniach zbyt wiele, jako że doświadczyłem w światku tym bardzo bolesnych przeżyć. Ludzie związani z bioenergoterapią, ezoteryką stali się dla mnie, prawie wszyscy, jeśli nie szaleni, to bardzo niebezpieczni.

Huna będzie niczym, jeżeli nie poznamy swojego ciała energetycznego, jego czakr i kanałów. Ba, stanie się czymś groźnym, bo nieskutecznym, i zamiast pójść po prostu do lekarza będziemy próbowali bawić się w uzdrowicieli.

Odpowiedzialne korzystanie z Huny wymaga wiedzy, lat doświadczeń, które rozwinąłem przede wszystkim dzięki swoim Klientom. Nie mogę jednak nie wspomnieć o wsparciu ze strony organizacji Aloha International, która poprzez Serge'a Kahili Kinga i innych nauczycieli dzieli się wiedzą i mocą ze światem.

Nie mogę też nie powiedzieć o lamie Bon Tenzinie Wangyalu Rinpocze, dzięki któremu zrozumiałem najistotniejsze i który wprowadził mnie w pewne praktyki tantry i dzogczen; bez nich, podobnie jak bez Huny, raczej nie byłoby Munina Szamana i tej strony.