Bioenergoterapia jest, sama w sobie, bardzo wspaniałą i bezcenną wiedzą teoretyczną i praktyczną. To siedmiomilowy krok w rozwoju ludzkości - jej wiadomości i umiejętności.

Niestety, ale zamiast podjąć się naukowej próby uprawiania bioenergoterapii, zaczęto mieszać ją z religią, ezoteryką, z prywantymi objawieniami jej "miszczów", a sam zawód nie jest wcale osadzony na wiedzy akademickiej. Fakt, że ma numer zawodowy KZiS 323002, ale, bądźmy szczerzy, taki numer posiada i zawód "wróżbita" (516102, 516101 to astrolog). Czy świadczy to cokolwiek o istocie tej sztuki? Czy cokolwiek przybliża zwykłemu człowiekowi, który raczej nie wierzy i nie snuje fantastycznych wizji? Nie jest skłonny do oddawania się ezoteryce, nie lubi nawet na ten temat rozmawiać?

Bioenergoterapia posiada jednak cenne osiągnięcia i jestem głęboko przekonany, że stanie się ona czymś więcej. Być może będzie musiała poświęcić samą siebie, tzn. samo słowo, jak i idącą za nim niesławę - bo wielu "bioenergoterapeutów" to ludzie zdemoralizowani, pomieszani, lub wręcz nawet chorzy psychicznie, a piszę to z własnych doświadczeń - niemniej przekazuje cenny dorobek quasi-naukowy.

Nie ma żadnych "państwowych" egzaminów na bioenergoterapeutę. Problem polega tylko na organizacji cechów i izb rzemiosł, które zmówiły się i stworzyły program dla bioenergoterapeuty. Państwo jednak nie nobilituje bioenergoterapii! Każdy, kto twierdzi inaczej, jest albo nieświadomy rzeczywistości prawnej, albo kłamie. Takie kłamanie daje różne korzyści, bo można przyciągnąć na swoje kursy i usługi terapeutyczne ludzi naiwnych, na których "państwowe" zrobi wrażenie.

Bioenergoterapia jest cenna, ważna, ale jest tylko etapem do czegoś więcej. Ludzie z tytułami bioenergoterapeutów (a zawód można zdobyć w kilka dni kursu!) to zarówno ci, którzy niosą pomoc, jak i zniszczenie. Po dyplomach i uprawnieniach ich nie rozpoznasz, a tylko po owocach.

Na owoce jednak nie możemy czekać. Człowiek chory nie jest królikiem doświadczalnym, musimy wiedzieć z góry i dysponować kryterium odróżniania bioenergoterapeuty od bioenergoszarlatana.

Potrzeba nowej nauki, jak medycyna psioniczna, doceńmy też jednak bioenergoterapię w jej pozytywnej odsłonie. Stanowi ona krok, lecz jej niedoskonałość, brak kontroli ze strony jednostek naukowych i to państwowych bywa zatrważająca - pójdziesz do sądu mówiąc, że bioenergoterapeuta Cię skrzywdził, a on się wyprze, i jak mu udowodnisz winę? Z lekarzem byłoby inaczej, masz szansę przez instytucje naukowe, a bioenergoterapii np. PAN nie traktuje poważnie i nikt tego nie bada. Biegły, którym jest inny bioenergoterapeuta? A jeśli ten drugi jest kolesiem tego pierwszego i ręka rękę umyje?

Odradzam korzystanie z bioenergoterapii, bo nie wiadomo na kogo się trafi. Ja mówię od razu: robię Hunę wg. Aloha International i Serge'a Kahili Kinga. Huna nie jest zawodem w Polsce, nie jest uzasadniona naukowo, nie ma żadnych egzaminów państwowych, a nawet wewnętrznych - Aloha International i Serge nikogo nie egzaminują. Działam na własne ryzyko, w oparciu o kodeks cywilny.

Bioenergoterapeuci! Zmieńmy sytuację i zrezygnujmy z tej pomieszanej, absurdalnej nierzadko zbitki aspektów, przesądów, osobistych przekonań i dogmatów "sztuki rzemieślniczej". Stwórzmy coś nowego, od podstaw, przy ścisłej współpracy z organami państwowymi, pod auspicjami odpowiedniego Ministerstwa. Wtedy dopiero uwierzę, że zależy Wam na prawdzie i dobru, a nie tylko na mamonie i próżnej chwale ego. Z chęcią się do Was w tym dziele dołączę i proponuję nazwać je "medycyną psioniczną".