Żyjemy w czasach upadku świętości. Z jednej strony to dobrze, bo upadają świętości iluzoryczne. Z drugiej jednak zanika wsparcie ze strony kultury masowej aby świętości szukać.

Dawniej jej opiekunem i promotorem był kościół katolicki. Nie zamierzam oceniać w tym momencie jego mrocznych obszarów. Fakt jest faktem - katolicyzm jako spadkobierca narzędzi cywilizacyjnych Greków i Rzymian, zwłaszcza filozoficznych, stał na straży nauce i kulturze, dla których świętość miała sens, i to jak najbardziej praktyczny.

Dzisiaj promuje się w mediach masowych rzeczy absolutnie z nią sprzeczne. Kobiety pokazują nagie ciała i staje się to trendy. Ludzie bez najmniejszego zawstydzenia współżyją z wieloma partnerami jak króliki lub małpy.

Małżeństwo przestało być sakramentem. Seks stał się nie tylko zabawą bez zobowiązań, ale i towarem.

Tak było zawsze, ale nie zawsze przytakiwano takim zachowaniom, nie zawsze znajdowały one tak wielki aplauz.

Brak świętości skutkuje ruiną fizyczną i psychiczną. Bez niej stajesz się dla siebie nikim.

A nikim można wzgardzić. W taki sam sposób widzisz innych.

Kulturowo brak świętości to skutek marksizmu, który dokonał i nadal dokonuje marszu przez instytucje. Dawniej to właśnie one chroniły europejskich wartości moralnych, etycznego dorobku Zachodu, dzisiaj poprawność polityczna to przyzwolenie na fałszywie rozumianą wolność, którą dawniej nazywano rozwiązłością.

Świętość nie jest właściwością religijną, a moralną. Świętość to bycie oddzielonym od tego, co pospolite i niegodne, co opiera się na złudzeniu ego, że jest się własnym ciałem.

Ja rozumiem świętość jako głęboką świadomość tego, że ciało i jaźń są czymś ze sobą nietożsamym. Dla jaźni orientacja na ciało to coś uderzającego w godność.

Kiedy podejmujesz wybory w związku z gniewem i pożądaniem gardzisz sobą. Postępujesz wbrew świętości. Idziesz drogą samoponiżenia.

Ulegając słabości do kobiet lub mężczyzn, wskutek czego współżyjesz z wieloma partnerami depczesz własną jaźń i jej wewnętrzną potrzebę świętego związku z jedną jedyną osobą. Ubi tu Caius, ibi ego Caia - dziś prawie nikt nie widzi w tym świętego przyrzeczenia, status quo własnego życia. Związki to interesy służące zaspokojeniu potrzeb własnych ciał.

Nie chodzi tylko o związki. W każdej sferze zanika pojęcie i zasada świętości. Niegdyś rzemieślnik dążył do jak najwyższej jakości, dzisiejszy producent obuwia lub tekstyliów zaopatruje się w chińskie buble.

Dla dawnych piekarzy, kucharzy, a może i przedwojennych kwestią godności, czyli świętości było zrobić jedzenie na najwyższym poziomie. Dzisiaj pakuje się chemię i ktoś taki ma czelność nosić zaszczytne miano przedsiębiorcy.

Świętość ma na celu osobę. Dzisiaj osobą się gardzi. Wykorzystuje się ją jak przedmiot. A wszystko zaczyna się w naszym wnętrzu. Traktujemy samych siebie jak środki do celów, takich jak pieniądze, zaspokojenie seksualne, gromadzenie majątku, zdobycie sławy. Potem przenosimy to podejście na innych.

Filozof Kant świetnie opisał świętość w formie swojego imperatywu kategorycznego - traktuj innych zawsze jak cel sam w sobie, nigdy jak środek. Dodałbym do tego by traktować jako cel sam w sobie samego siebie. Inaczej nie będziemy w stanie znać i szanować godności innych, kiedy nie zmienimy na święty stosunku do własnej jaźni.

Czy kiedy dokonujesz kontaktów seksualnych postępujesz według imperatywu Kanta? Czy widzisz w drugiej osobie cel sam w sobie, czy też traktujesz ją jako środek do zdobycia przyjemności? Czy oddajesz się tej osobie? Dlatego małżeństwo jest święte, jako że tylko wtedy możliwa jest podmiotowość zamiast uprzedmiotawiania.

Jeśli nie traktujesz ludzi zgodnie z ich osobową godnością postępujesz jak każdy przestępca, na czele ze Stalinem i Hitlerem. Spełniasz ten sam wzorzec samozachowawczy, jakim jest wzgarda świętą jaźnią.