Zajrzałem dzisiaj na stronę Wirtualnej Polski i znalazłem tam artykuł na temat zaginionej Madeleine McCann.

Cała masa ludzi na świecie wskutek kontaktu z takimi i podobnymi tragediami może zadawać sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego przytrafiło się to akurat tym ludziom? Kto ponosi odpowiedzialność? Czy życie jest tak złe? Czy mamy wszyscy wrócić do prawa dżungli i zabijać się wzajemnie, skoro nie istnieją żadne moralne aspekty rzeczywistości i wszystko wydaje się być efektem mechanicznych praw?

Sądzę, że nie popełnimy błędu, jeżeli zaczniemy zadawać sobie sami pytania o własne nieszczęścia. Zwróćmy optykę z zewnątrz do wewnątrz.

Łatwo jest szukać winnych i oskarżać jako niezaangażowany obserwator. A co z naszym własnym życiem? Kogo obwiniamy za swoje porażki, wypadki i nieszczęścia?

Rodziców? Przełożonych? Polityków? Boga?

Co tak naprawdę widzimy, gdy przyglądamy się własnym przykrym doświadczeniom?

Jedną z podstawowych rzeczy, które widzę, jest ta, że byłem uwarunkowany. Dokonałem wielu szkodliwych głównie dla siebie rzeczy dlatego, że nie mogłem jakby inaczej. Moja osobowość miała taki a nie inny rys. Po prostu miałem określony charakter, który mnie do tego zaprowadził.

Nie znaczy to, że nie ja go kształtuję, ale nie jestem przecież jego twórcą od zera. Z czymś tutaj przyszedłem. Jakimś człowiekiem się stałem... jakby wcześniej.

Są zwolennicy koncepcji tabula rasa, że człowiek rodzi się bez charakteru, jest czystą kartą. Szczerze absolutnie się z nimi nie zgadzam. Rodzimy się jacyś. Charakter nie jest kwestią nabywania jakichś cech - cechy nie istnieją, jak słusznie zauważył Kotarbiński, twórca reizmu. Istnieją tylko osoby i rzeczy.

Cecha nie jest czymś, co przyjmujesz i do siebie dodajesz, doklejasz, ale tym, co realizujesz jako Ty - jaźń, osoba.

Nikt nie jest tabula rasa, jako że od samego początku jest kimś konkretnym. Gdyby miał byś tabula rasa, byłby nikim. Cechy istnieją w bycie, a nie poza nim.

A kim jesteśmy? Jest to pytanie wszelkich pytań, także o praktycznym charakterze.

Co widzimy w sobie, a dokładniej kogo? Ja wielokrotnie zobaczyłem w sobie potwora - może nie w sobie, ale gdzieś w środku. Mówi się, że wady pojawiają się wskutek braku zalet.

Nie głoszę, ża nasza istota jest zła z natury, jak katolicy wyznający grzech pierworodny. Wiele nam jednak, po prostu, brakuje.

Brakuje nam wiedzy, mądrości, poznania tego, kim jesteśmy.

Gdy dodamy do tego reinkarnację i karmę, czyli fakt, że nie zawsze rozwijaliśmy cnoty, że nie stawaliśmy na wysokości zadania a wręcz przeciwnie - dopuszczaliśmy się potworności, czego zbieramy teraz efekt jako brak świadomości, to takie wydarzenia, które uznajemy za zło na świecie, zaczniemy rozumieć nieco bardziej subtelnie.

Rzeczywistość wymusza na nas rozwój moralny i kultywowanie cnót (proszę, tylko nie kojarz tego ze stęchłą, religijną świętością, bo cnota to także rycerskość, asertywność i waleczność, zdolność do zabijania śmiertelnych wrogów). Kto się nie rozwija, ten się cofa - mówi powiedzenie. Kto nie daje z siebie wszystkiego, traci to, co zdaje mu się, że ma.

To, że nie wiemy nic o reinkarnacji, mam na myśli powszechnie, jest także brakiem cnoty i rozwoju w poprzednich życiach, to efekt błędów.

A że popełnia je każdy, zaś anioł wzniosły może stać się aniołem upadłym, sprawia, że zamiast krytykować innych powinniśmy pilnować siebie.

Pamiętajmy, że wskazując palcem na kogoś innego trzy kierują się na nas.

Jeśli chcesz zrozumieć dlaczego przytrafiło się wspomnianej na początku Madeline McCann zło, jak i wielu tysiącom innych dzieci, które przecież z naszego punktu widzenia niczemu nie zawiniły, nie zdobędziesz tej wiedzy inaczej, jak poprzez poznanie samego siebie i przyczyny własnych nieszczęść.