Hunę tradycyjnie poznawało się i poznaje nie w formie warsztatów, ale indywidualnych spotkań. W taki sam sposób uprawia się klasyczne, chińskie sztuki walki i wiele innych tradycyjnych, klasycznych rzeczy.

Skąd moda na kursy, czyli nauczanie grupowe?

Sądzę, że wynika to z kilku przyczyn, w zależności od motywacji prowadzących.

Po pierwsze są to korzyści materialne. W ciągu jednego kursu można wziąć od uczestników sporo kasy, a napracujemy się tyle samo, co w trakcie pojedynczego spotkania. Nie mam szacunku dla tego rodzaju podejścia, niemniej na pewno sporo, jeśli nie większość grupowych szkoleń organizuje się właśnie dlatego.

Po drugie próbujemy wyjść naprzeciw potrzebie wiedzy w zurbanizowanym społeczeństwie. Możnaby to zrozumieć i uznać za wykwit moralności.

Problem tylko z jakością. Czy można zapewnić odpowiednią jakość grupie? Być może kiedy jest nieliczna, albo kiedy chodzi o proste rzeczy. W innym przypadku nie sądzę. Zresztą mam pewne wątpliwości i do niewielkiej grupy, opieram je na własnych doświadczeniach.

Trzeci powód to charakter wiedzy. Pewne metody wymagają pracy zespołowej, jak masaże albo różne formy uzdrawiania rękami. Można to uznać, ale przecież lepiej gdy ograniczy się ilość do duetu plus nauczyciel. Zapewniamy tak jakość plus możliwość poeksperymentowania.

W Hunie niewiele jest metod, które wymagają udziału osób trzecich, właściwie to prawie można się bez nich obejść.

Zastanawiam się nad indywidualną formułą nauczania metod szamańskich, jako że grupowe nie zdają egzaminu. Być może w bioenergoterapii jest inaczej, ale w szamanizmie, jak Huna, nie widzę tego.

Huna kojarzy się z grupowymi kursami, coś takiego preferowano. Kurs Huny pierwszego stopnia, drugiego itd. Ale jakie tego efekty? Ilu prawdziwych znawców tej wiedzy mamy w kraju? Ilu w Europie? Mam wrażenie, przynajmniej w stosunku do pierwszych, że można ich policzyć na palcach, a co do znawstwa, to wcale nie są oni orłami (a zdaje mi się, że nawet i wróblami).

Coraz bardziej przekonuję się do indywidualnej formy nauczania. Dzięki niej można:

  • dobierać metody proprcjonalnie do problemów i stopnia zaangażowania
  • zweryfikować umiejętności
  • wskazać na indywidualne przeszkody
  • służyć bardzo konketną radą
  • nieść pomoc w wypadku błędów, także zdalną
  • towarzyszyć komuś długo, nienormowaną ilość czasu

Tego wszystkiego nie robi się w kursach grupowych. Facet prowadzący lub kobieta biorą kasę i znikają. Coś tam pouczą, pomruczą i już ich nie ma.

Pozostają "uczniowie" ze swoimi problemami, które urastają do tego stopnia, że zaczynają nienawidzić swoich "miszczów", którzy dawno zapomnieli, że w ogóle wzięli udział w ich pożal się Boże weekendowym, czy nawet czteroweekendowym kursie.

Z nauką Huny musi być jak z małzeństwem. Nikt nie żeni się po pierwszej randce, w każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach. Potrzeba lat nawiązywania znajomości.

Jak zwykle w grę wchodzi kasa, ale stanowi ona problem tylko dla zachłannych. Ludzie szczodrzy mają jej ponad potrzebę, mogą skupić się na dawaniu jakości i znawsze znajdują właściwe rozwiązanie co do wysokości i formy zarobku, bo po prostu nie robią z tego problemu.

A zachłanni, swoją drogą, nie nadają się na nauczycieli szamanizmu, bo zachłanność to cecha ludzi zbyt dziecinnych, by nadawali się na szamanów.

Nie badźmy jednak tępi i nie mylmy hojności z naiwnością - troska o swoje dobro jest tak samo zrozumiała, jak troska o dobro bliźniego, z którym wchodzimy w określony cywilno-prawny układ. Jeżeli pomijasz swoje potrzeby to przecież Ty też jesteś osobą ludzką, postępujesz niegodnie, bo krzywdzisz osobę - to bez znaczenia, że własną. "Sztuka jest sztuka" - powiedział Bogusław Linda w filmie "Kroll".