Szamanizm indiański? Niekoniecznie. Tzn. wpadła mi w ręce już sporo czasu temu książka "Indiański uzdrowiciel" Medicine Grizzlybear’a - tak nazywa się autor, Półindianin chyba. I nie mogłem jej doczytać. Duchy, zjawy, twierdzenia przerażające, o tym, że szaman musi umrzeć, albo cierpieć itd.

Według mnie tradycje rdzenne, które nie dysponowały jeszcze wiedzą psychologiczną i zarazem psychiatryczną, nie potrafiły odróżniać wytworów fantazji od rzeczywistości. Te dwa światy mieszały się. Dopiero kultura europejska przyniosła narzędzia zdatne do powszechnego użytkowania, z korzyścią dla szamanizmu.

Wiele doświadczeń, twierdzeń i rytuałów opiera się właśnie o irracjonalny umysł. Kult zwierzęcia mocy itd. Takie jest moje zdanie.

Szamanizm potrzeba uprawiać naukowo. Często mówię: nauka jako metoda to nie jest nauka jako instytucja. Nauka jako metoda jest uniwersalna i każdy ma do niej prawo. To wynalazek Greków. Ogląd i opis - i tyle. Wymieniamy doświadczenia i metody, dzięki czemu ja mogę sprawdzić to, co Ty mówisz a Ty to, co ja mówię. I sprwadzić to może każdy, kto pozna metodę i ją zastosuje. To jest właśnie poznanie naukowe.

I szamanizm jest taki. Huna jest właśnie taka. Bioenergoterapia jest taka, tylko że ona jest groźna z innych racji. Rzeczywistość jest jedna i nauka to takie jej poznawanie, by każdy mógł potwierdzić określone twierdzenie przez zastosowanie określonej metody.

Szamanizm indiański, wynoszę z tej lektury, bo innego związku z nim nie miałem i nie wiem, czy mieć chcę, jest dla mnie zbyt pomieszany. Nie oznacza to, że nie ma w nim rzeczy dobrych, cennych i skutecznych. Proces rozwoju wiedzy polega jednak na tym, że oczyszczamy coś od przypadłości i tego, co subiektywne, by dotrzeć do tego, co obiektywne i co może przydać się nam wszystkim.

Fakt, że doświadczenie jest zawsze Twoje, ale wskazuje nie zawsze tylko na to, co prywatne, osobiste. Inaczej nie moglibyśmy się dogadać i stworzyć nauki. Ja widziałbym inny świat, niż Ty. Nie byłoby komunikacji.

Chodzi mi o to, że popularyzowanie szamanizmu indiańskiego może wiązać się z przykrymi konsekwencjami dla propagatorów i entuzjastów. Najważniejsza jest relacja z rzeczywistością. Odróżnianie iluzji od rzeczy. Osią naszej zachodniej kultury europejskiej, samej cywilizacji jest prawda.

Nie ma wielu prawd. Pojęcie wielu prawd przeczy klasycznej definicji prawdy.

Miałem przez wiele lat problemy z odróżnianiem iluzji od rzeczywitości z tytułu kursów jasnowidzenia, rejki i innych bzdur reklamowanych w magazynach "Nieznany Świat" i "Czwarty Wymiar", których chyba nigdy nie wezmę do ręki (może tylko po to, by je spalić albo wyrzucić na śmietnik) - ci ludzie sprzedając przestrzeń reklamową dla różnych czarodziejów i hochsztaplerów mocno przyłożyli się do morza łez i cierpień, a może i chorób oraz zgonów.

Obawiam się, że w podobnych duchu promuje się szamanizm indiański a nawet w swojej oryginalnej postaci był za mało psychologiczny, wskutek czego stawał się psychopatologiczny, jak weekendowe ezoteryczne kursy i kursiki, z (prawie każdą - stawiam hipotezę) bioenergoterapią włącznie, albo na czele.

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy 
tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. 
Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. 
Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, 
że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, 
lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. 
Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. 
Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez boga. 
Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście 
za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego 
co przynosi powodzenie wam i innym.

Kalama-sutta, Budda