Z tymi wszystkimi metodami uzdrawiania i wielką sztuką uzdrawiania to jest po prostu wielka ściema. Ci wszyscy bioenergoterapeuci i duchowi uzdrowiciele są właściwie zupełnie nieskuteczni, jeśli chodzi o prawdziwe zdrowie. Co oni właściwie robią wśród zawodów?
Jedyne źródła książkowe o uzdrawianiu, gdzie można mówić o czymś, co faktycznie zasługuje na tę nazwę, to publikacje lamy Tenzina Wangyala Rinpocze poświęcone pranom żywiołów i ich wykorzystywaniu. W tradycji Bön lamowie kierują się zupełnie innymi zasadami uzdrawiania. To nie jest to samo i nie ma nic wspólnego z tym, co stosuje się w bioenergoterapii czy innych popularnych nurtach. Cała istota sprowadza się właściwie do wprowadzania odpowiedniej prany do ciała poprzez kanały praniczne z planety – i to tyle.
Żeby jednak miało to jakikolwiek sens, pranę trzeba najpierw poznać zmysłowo, a nie jedynie wyobrażać ją sobie czy wizualizować w dowolnej formie. To trzeba po prostu umieć widzieć. Mówimy tu o stałej, rozwiniętej zdolności widzenia prany, a nie o jakimś przygodnym, płytkim, słabym czy powierzchownym doświadczeniu. To musi być prawdziwa świadomość tego, co dzieje się w ciele pranicznym i w kanałach pranicznych.
To wszystko nie polega na wykonywaniu jakichś ćwiczeń ani na uzdrawianiu za pomocą jakiejś techniki – na to nie ma żadnych ćwiczeń. Sprawa wygląda tak, że kiedy człowiek faktycznie widzi pranę, to na tym poziomie od razu wie, co trzeba z nią zrobić i jak jej używać. To nie jest żadna technika czy sztuka sama w sobie.
Większość współczesnych systemów, metod i szkół uzdrawiania jest po prostu nic niewarta. Wszystko to stanowi jedynie pochodną określonego myślenia i wyznania religijnego, a nie jakąś autonomiczną, prawdziwą wiedzę. Na domiar tego w tym światku roi się od kłamców. Spotyka się tam ludzi, którzy twierdzą, że potrafią robić telekinezę, podnosić przedmioty albo niszczyć szkło samą energią. Szarlatanów i oszustów jest tam od bólu, w najróżniejszych tematach i na każdym kroku.
