Nie mogę powiedzieć, że wszystko w bioenergoterapii jest złe, zresztą tyle jest bioenergoterapii, co bioenergoterapeutów. Chcę, Czytelniku drogi, byś uświadomił sobie kilka faktów, które boleśnie odkryłem ja, i że dzięki temu tekstowi, mam nadzieję, uda mi się uchronić choć niektórych przed błędem, jakim jest poddanie się szkodliwej sesji uzdrawiania bioenergoterapeutycznego.

Zacznijmy od kilku oczywistych, choć nie dla wszystkich, faktów.

Bioenergoterapia jest zawodem. Tak, jest zawodem, ma swój numer zawodowy. I co z tego? Wróżbita też jest zawodem ze swoim numerem w klasyfikacji zawodów i specjalności. Czy to coś istotnego oznacza? Czy coś gwarantuje?

Bioenergoterapia to ezoteryka. Pysznią się i chlubią bioenergoterapeuci, że tworzą profesjonalne środowisko. Mówią półnaukowym żargonem i wynoszą się nad innych, że są niby tak naukowi. To nieprawda - bioenergoterapia nie jest metodą naukowo uzasadnioną. Należy do dziedziny ezoteryki, jak wróżbiarstwo i na dobrą sprawę Huna oraz każdy inny szamanizm.

Bioenergoterapia nie jest państwowa. Istnieją egzaminy na bioenergoterapeutę, ale to nie Państwo wystawia takie zaświadczenia, lecz cechy rzemieślnicze. Gdyby wróżbici chcieli, mogliby stworzyć jedną wykładnię zawodową dla swojej profesji i stworzyć "państwowe egzaminy" dla swoich czeladników i mistrzów tarota lub szklanej kuli. Bioenergoterapia nie ma swojej ustawy, jak "Ustawa o zawodzie lekarza i lekarza dentysty". Nie stoją za nią żadne ośrodki naukowe a w PAN (która jest państwowa) nie chcą nawet o niej słyszeć jako o metodzie o naukowym podłożu. Nie daj się zwieść reklamie "egzaminów państwowych", jako że Państwo stoi co najwyżej za lekarzem, a bioenergoterapeuci robią sobie i mówią co chcą, do tego zupełnie bezkarnie!

A teraz do meritum. Bioenergoterapia jest niebezpieczna, ponieważ bioenergoterapeuta na ogół przekazuje swoje emanacje osobiste, przekonania, skłonności, także te o podłożu psychopatycznym, jak perwersje seksualne i tym podobne. Zmienia się charakter osób bioenergetyzowanych. Upodabniają się one do uzdrowicieli i ich własna osobowość znajduje się pod wpływem, często podświadomym, tych, którzy ją zniekształcili i wyalienowali.

Prowadzi to do lęków, obsesji, zaburzeń postrzegania, braku kontroli nad zachowaniem ciała, myślami i emocjami oraz całej masy innych dolegliwości psychofizycznych. Człowiek przestaje czuć się sobą, traci spontaniczność, pewność siebie, ma wrażenie obcości, zauważa też u siebie nowe, patologiczne skłonności (szczególnie o charakterze płciowym). 

Ja to nazywam "zdziczeniem" i "światowością". Coś okropnego, ale... ciekawego dla psychopatologa.

Takie są skutki prymitywnych, opartych na sile woli technik przekazywania energii przez ludzi na poziomie moralnym nierzadko ameby. Dominują uzdrawianego, zasiewają w jego głowie obcą mu wizję świata, poza tym staje się on łatwym odbiornikiem telepatycznych rozkazów bioenergoterapeuty, nawet na wielką odległość.

A "ryba psuje się od głowy".

Tę niebezpieczną sztukę potrzeba zastąpić czymś nowym. Potrzebujemy nauki, która zbada wszystkie aspekty uzdrawiania i wykluczy z rynku to, co dosłownie rujnuje ludzi, odbierając im wolność i zdolność samostanowienia.

Jestem przeciwko bioenergoterapii. Dołącz do mnie. Bez tego świat nie stanie się lepszym miejscem i ludzie będą nadal krzywdzeni, mimo pewnych efektów, jakie przynosi ta forma uzdrawiania.

Jeśli stałeś się ofiarą bioenergoterapeuty, który zrobił z Ciebie swojego klona albo sługę, wyznawcę, poddanego jego mentalnych impulsom, to Huna ma pewną poradę: załatw to w stylu łowcy przygód. Nie walcz, ale zharmonizuj się wewnętrznie. Cała moc pochodzi z wnętrza. Znajdź i wzmocnij swoje centrum, a to, co zostało Twojej osobowości wszczepione, naturalnie odpadnie.

Jeśli nie umiesz sam tego zrobić, zapraszam do mnie na sesję Huny na odległość.

W Hunie nie spotykamy się ze zjawiskiem przeszczepu osobowości, jako że po pierwsze nie działamy bezpośrednio, lecz pośrednio, a po drugie pracujemy przez miłość a nie tzw. siłę woli.