Szamanizm, naturalność! Bądźmy sobą! Zrzućmy ciuchy i na drzewo! Albo do jaskiń! Absurd. Ale w taki właśnie sposób, choć może nie tak groteskowy, myśli wiele osób, także, a może zwłaszcza związanych z naturoterapią.

Mieszkam niedaleko osoby bardzo znanej w Polsce - znachorki Serwinki. Słyszałem opowieści, że potrafiła ona bezpośrednio wracać z pola, jak to gospodyni wiejska, by za moment przyjmować ciągnące się kolejki, ustawione przy jej domu.

Ja wiem, że jesteśmy religijni. Wiem, że lubimy się modlić do Archanioła Michała, Jezusa i Maryi. Kochamy ten cały panteon chrześcijański lub inny. I kiedy mówimy o Hunie, uzdrawianiu, szamanizmie, to nie widzimy różnicy między nim a wyznaniem religijnym lub potocznie rozumianą ezoteryką.

Huna - wiedza hawajska, którą określamy tym mianem - nie jest wiedzą o wszechświecie, ani o ostatecznym bycie. To wiedza techniczna, know-how, dotycząca sposobów radzenia sobie z cierpieniem.

Nie cierpię "huny" tak, jak Gargamel nie cierpi smerfów. Specjalnie oznaczyłem ją znakiem "...", jako że w ten sposób wyróżnia się nazwy. Nie lubię etykietki, no może nie tylko - nie lubię tego, co się z huny robi, jakiejś formy mistycyzmu hawajskiego, albo religii hawajskiej.