Pieniądze są ważne. Kto uważa, że nie są ważne, jest niepoważny. Jedni mają ich mniej, inni więcej, ale nie oszukujmy, że nam na nich tak bardzo nie zależy, jeśli spędzamy w pracy średnio osiem godzin dziennie.

W sumie daje to lwią część życia poświęconą zarabianiu pieniędzy.

Dla większości, która ma dość niskie zarobki, poza tym ciężko przy tym pracując, problemem jest rozporządzanie przychodami. Na wiele rzeczy po prostu nie wystarczy. W głowie mamy tę magiczną sumę np. 1700 albo 2500 (w większych miastach zarabia się więcej, ale i ceny są wyższe) i planując wydatki nieustannie wzmacniamy nawyk interpretowania naszej sfery finansowej przez tę przeklętą liczbę.

Przeklętą, jako że dostarcza nam całej masy stresu. Ciągle na coś za mało. I jesteśmy na to skazani - tak przynajmniej sądzimy w oparciu o wspomniany nawyk.

A co, gdybyśmy tak przesunęli granicę zarobkowania? A może w ogóle ją znieśmy? Takie działanie może dokonać wielu zmian w naszej postawie życiowej. Nie ma limitu. Nie oznacza to zarabiania niewiadomo jakich, kosmicznych sum.

Jest coś cudownego w zniesieniu tego pułapu wysokości zysku - oducza nas patrzenia na życie jako na coś, co należy poświęcić pieniądzom. Uaktywnia kreatywne właściwości. Daje stan wolności. Stwarza przestrzeń na pomysłowość, na WARTOŚCI.

Być może, dzięki zniesieniu ograniczenia finansowego, odzwyczaimy się od myślenia o swojej pracy na etacie jako o fatum? I złapiemy się za coś dodatkowego albo innego?

Na pewno poczujemy się bardziej rozluźnieni, a Huna głosi, że relaks jest furtką do innych właściwości - do pewności siebie, kreatywności, pasji, optymizmu.

Przekreślmy w wyobraźni tę magiczną, diabelską sumę wysokości wypłaty. Otwórzmy się na nieograniczony przepływ pieniędzy. Jeśli zmiana zajdzie dostatecznie mocno wewnątrz, to nie ma możliwości, żeby nie zamanifestowała się zewnętrznie.

Obfitość, dobrostan, dobrobyt nie zna limitów, wszystkiego jest pod dostatkiem i na tym świecie jest tak wiele pieniędzy, że gdyby rozdzielić je po równo każdemu człowiekowi, to każdy byłby miliarderem.

Ale po co stresować się cyferkami? Dobrobyt oznacza, że nie muszę się nimi przejmować i nieustannie ich sprawdzać, a tym bardziej porównywać z cyferkami sąsiada.

Przyjmijmy za regułę naszego rozwoju osobistego, w tym w sferze finansów, że wzrost będzie nieograniczony, że nie ma potrzeby przywiązywać się do żadnych ram i danych. Istotą tego progresu niech będzie obfitość wszelkiego dobra, bez podziału na materialne i duchowe. To właśnie podział ten sprawia, że wielu dobrych ludzi klepie biedę, co pozwala złym spać na mamonie.

Nasza wyobraźnia ma moc ograniczyć nas do poziomu neoniewolnika, blokując na więcej, albo uczynić chytrym, zachłannym i bezwzględnym, kiedy celem staje się majątek. A tak, brak limitu oznacza, że nie ma się do czego przywiązać i czym się uprzedmiotowić.

Ani tysiące, ani miliony, ani miliardy (Oktawianowi Augustowi, pierwszemu cesarzowi rzymskiemu trzeba by powiedzieć: ani tryliony, bo na takie sumy dolarów wyceniono jego majątek) - obfitość, której nie potrzeba liczyć, bo samo liczenie stawia nas w ciasnym położeniu i niszczy wielkoduszność.

Miliarder nieustannie przeliczający swoje pieniądze jest tak samo ograniczony, i niespełniony, jak uliczny żulik, który grzebie w kieszeni i sprawdza, czy wystarczy mu klepaków na jakąś "długą szyję".

Słowem grzechu jest ograniczenie - pisał kiedyś “najgorszy człowiek na świecie”, Aleister Crowley.