Bywa, że uznajemy swoją wartość tylko wtedy, kiedy ktoś inny będzie miał z nią jakiś związek. Uwarunkowujemy godność osobistą czy to partnerem - jego posiadaniem, zachowaniem, czy to rodziną i przyjaciółmi albo duchowymi nauczycielami.

Czerpiemy swoje szczęście z innych. Dajemy sobie prawo do bycia radosnymi pod takim a nie innym warunkiem, że ten czy tamten człowiek będzie dla nas taki a nie inny - że ktoś będzie nas kochał, będzie dla nas odpowiedni, spełniać będzie nasze normy.

Myślimy o sobie w kategoriach "my" - my-związek, my-rodzina, my-naród. Szczęście, zatem, nie jest właściwością indywidualną, lecz wspólną. Uznajemy, że nie jesteśmy w stanie być samodzielni pod względem szczęścia, że wymaga ono obecności drugiej osoby, z którą będziemy je dzielić.

Nie wypowiadam się, oczywiście, przeciw związkom, nie o to mi chodzi. Chodzi mi o wielkie zakłamanie, w jakim na ogół żyjemy, które polega na dzieleniu własnej tożsamości, a co za tym idzie prawa do szczęścia i szacunku do siebie z innymi.

Nasze uznanie siebie jest wtedy możliwe tylko wówczas, kiedy ktoś nas nim obdarzy. Akceptacja siebie wymaga bycia akceptowanym. Miłość do siebie musi uzależniać się od miłości innych do nas.

A jak jest naprawdę? Naprawdę, moim zdaniem, jest tak, że inni nigdy nie wystarczą. I że stawiając sobie warunki typu: "będę szczęśliwy, kiedy będę w związku" albo "będę szczęśliwy, kiedy założę rodzinę", "będę wtedy kompletny" dokonujemy bardzo bolesnego zabiegu. Uczymy swoje ciało i umysł określonych zachowań, które u swoich podstaw mają przywiązanie i iluzję tworzenia wraz z innymi idealnych "nas" - pewnej całości, której część stanowimy.

Nie widzimy przez to, jak dalece każdy jest kowalem swojego losu i jak wiele nas od siebie dzieli - dzieli nas od siebie wszystko. Jesteśmy oddzielni i sięga to samej naszej istoty - jaźni.

Wszyscy członkowie naszej rodziny są kimś innym, niż my. Nie jesteśmy nimi. Odpowiadają za własne życie. I nigdy, przenigdy nie powinniśmy się z nimi identyfikować oraz swojej tożsamości budować na byciu synem, bratem, ojcem czy żeńskimi odpowiednikami kogoś spokrewnionego fizycznie. Ciało nie jest jaźnią a więzy krwi nikogo w istocie nie wiążą.

Jeżeli zaczniemy identyfikować się z innymi ludźmi, nasze samopoczucie i reakcje fizyczne zależeć będą od tego, co myślimy na temat innych i w jakim znajdują się stanie, w jakich relacjach są do nas a my do nich. Oznacza to permanentną huśtawkę emocjonalną.

Odkryjmy siebie jako osobę, różną od ciała, wolną, samoistną, i nadajmy sobie prawo do szczęścia bez względu na to, co powiedzą o nas inni, co wobec nas zrobią, w jakich związkach z nimi pozostaniemy.

Utożsamianie się z ludźmi jest wynikiem niskiej świadomości siebie, ale można to uzdrawiać poprzez praktykę medytacji, samoobserwacji, otwartości na intuicję i skupienie na własnym doświadczeniu.

"My" to iluzja. Byty ogólne nie istnieją. Istnieją jedynie konkrety, a konkretem jest "ja" - indywidualne, odrębne, osobowe, bezwarunkowo godne.

Szczęście nie jest celem, ale punktem wyjścia w życie, dzięki czemu może ono być życiem szczęśliwym. Nie znajdziemy go na świecie, a tylko w sobie.